czwartek, 27 października 2016

Roztoczańskie smaki i niesmaki

Malinówka, Roztocze
Pierwszy październikowy weekend spędziłyśmy z przyjaciółkami na Roztoczu.
Pogoda była jak na zamówienie, biegałyśmy na bosaka po trawie, a dzień spędzałyśmy w piżamach w ogrodzie jedząc niekończące się śniadanie przygotowane przez Magdę, która została okrzyknięta Mistrzynią omletu! Dopiero kiedy zrobiłyśmy się na poważnie głodne, a pogoda dała znak, że same piżamy już nie wystarczą wskoczyłyśmy w dżinsy, cieplejsze bluzy i pojechałyśmy na obiad. Miejsca na posiłek miałyśmy z góry zaplanowane. 

łamaniec hetmański, Restauracja Bohema
Jadąc do Malinówki, zatrzymałyśmy się na późną kolację w Zamościu w Restauracji Bohema. Bohema okazała się bardzo  przeciętnym miejscem. Próbowałam kilku potraw i żadna z nich mnie nie porwała, ani spaghetti linguine z sosem bolońskim parmezanem i świeżą bazylią, które było mdłe, a makaron był bardziej rozgotowany niż al dente, ani pierogi ruskie, których farsz nie uraczył żadnej przyprawy, a ciasto również było dalekie od ideału, ani stek z jelenia. Kosztowałam kilka lat wcześniej jeszcze innych dań w Bohemie, ale nie zapadły w mojej pamięci. Grzane wino podane letnie. Ale najsłabszym punktem Bohemy są desery, na które zatrzymałyśmy sie w drodze powrotnej do Warszawy. W bogatej karcie słodkości podczas składania zamówienia, połowy z pozycji nie było, a te które się ostały były niesmaczne, robione z byle jakich składników jak chociażby łamaniec hetmański, po którym pozostał tylko niesmak. Podobnie rzecz się miała z szarlotką, która była już mocno zleżała. No i ta nazwa... miejsce z bohemą ma niewiele wspólnego. Według portalu Tripadvisor jest to numer 1 wśród restauracji w Zamościu, jesli tak, to smacznie się tam nie zje. Jedyny plus to lokalizacja.
rosół rybny z rybnymi uszkami, Pstrąg Roztoczański

Dużo lepiej na tle Bohemy wypada Pstrąg Roztoczański, którego nazwa  mówi już wszystko o menu. Jest trochę jak w wierszyku Jana Brzechwy "Entliczek pentliczek" tyle, że zamiast samych jabłek w karcie królują pstrągi. Jest pstrąg pieczony w ziołach i migdałach, pstrąg w czosnkowej oprawie, pstrąg pieczony w szynce parmeńskiej, pstrąg z pieca z warzywami i mogłabym  jeszcze wariacji serwowanych z pstrągiem w roli głównej dużo wymienić.
W Pstrągu Roztoczańskim skosztowałam dwóch zup: pikantną zupę prowansalską z pstrągiem i suszonymi pomidorami (16 zł) oraz rosół rybny z rybnymi uszkami (12 zł), który skradł nie tyle moje serce co podniebienie. Moje podniebienie skradł również pstrąg pieczony z chrzanem i jabłkami (24 zł). Sama nie wiem co było smaczniejsze pstrąg czy chrzan, który jak się okazało robiony jest na miejscu (swoją drogą mógłby być sprzedawany w słoiczkach na wynos). Menu dziecięce, zestaw małego rybaka (filet, frytki i surówka, 17 zł) też jest niczego sobie i uwaga w tym zestawie mamy doczynienia z dorszem! Dlatego z czystym sumieniem polecam każdemu kto będzie w okolicach Bondyrza aby zatrzymał się na posiłek w tym miejscu. Ceny nie są wyżyłowane, jedynie co mi doskwierało to niezbyt miła i nadęta obsługa.
łupcie, Gospoda w Guciowie

Na koniec zostawiam Guciów, gdzie zatrzymałyśmy się w drodze powrotnej.
Pierwszy raz w gospodzie w Guciowie byłam kilka lat temu i wywiozłam dobre, kulinarne wspomnienia. Szkoda, że czar prysł i tym razem wyjechałam z postanowieniem, że więcej stołować się w Zagrodzie nie będę. Po pierwsze obsługa, sprawiała wrażenie, że czułam się jak intruz, ktoś kogo tam być nie powinno. Długi czas oczekiwania na zamówione potrawy, przy małym obłożeniu lokalu. A samo menu swojskie, a zarazem egzotyczne, bo gdzie można  zjeść zupę z pokrzywy, reczoczniaka czy łupcie?
Zupa z pokrzyw (13 zł) okazała się "cienką" zupą jarzynową z minimalną ilością pokrzywy muśniętą śmietaną. Dużo lepiej wypadł żur na zakwasie żytnim z jajkiem i serem (10 zł).
Pieróg z kaszy jaglanej i sera z żurawiną (12 zł) kiedy wjechał na stół w duchu dziękowałam, że go nie zamówiłam. Wyglądem przypominał pasztet, w smaku był dosyć słodki i śmiało mógłby być serwowany w pozycji desery (nie udało się go zjeść i to nie dlatego, że jest sycący, bo nie jest). Reczczoniak czyli piróg z kaszy, ziemniaków i sera, wypadł ciut lepiej niż poprzednia potrawa, ale forma podania niewiele się od niej różniła. Z całego tego kulinarnego "szaleństwa" najbardziej trafionym wyborem okazały się łupcie z olejem konopnym (24 zł) czyli kasza gryczana zawijana w kapuście (coś na kształt gołąbków). Były na tyle smaczne, że postaram się zrobić je w domu. Jednak zachęcam żeby do łupci domówić np. surówkę, bo samymi łupciami można się nie najeść (nam kelnerka odradziła twierdząc, że łupcie i surówka to jest too much).
A teraz plusy Gospody w Guciowie: świeża mięta i rumianek z miodem gryczanym, smaczny rozgrzewający napój, który już wprowadziłam do domowego menu. Drugim kulinarnym plusem okazało się zsiadłe mleko.
A największą zaletą, przysłaniającą trochę wszystkie smakowe niepowodzenia jest samo miejsce "gdzie wyjątkowa przyroda łączy się z tradycją i historią". 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz